Diani Beach, najlepsza plaża Afryki Wschodniej

Autor tekstu: , Data publikacji:

Po trudach safari dobrze jest trochę odpocząć. Kenia oprócz aktywnego wypoczynku ma do zaoferowania także cos dla fanów wakacyjnego lenistwa. Ciepły, nadmorski klimat, szum palmowych liści i regionalny drink "dawa" to miły akcent na pożegnanie z Czarnym Lądem.

Diani Beach bo o niej mowa jest ulubioną plażą Kenijczyków. Z Mombasy dotrzemy tu w godzinę. Na południowej trasie wylotowej z miasta nie wybudowano jeszcze mostu, trzeba zatem skorzystać z przeprawy promowej. Jeżeli jednak podróżujemy z głębi lądu, najlepiej dotrzeć tu samolotem rejsowym. Lecąc z Nairobi wylądujemy na Ukunda Airstrip. W połowie lotu, pasażerowie siedzący po prawej stronie dostrzegą ośnieżony, wystający ponad chmury, najwyższy szczyt Afryki – Kilimandżaro. Z lotniska już tylko 10 minut drogi do Baobab Beach Resort & Spa. Kurort ten bezpośrednio przylega do plaży Diani.

Baobab Beach Resort & Spa

To typowy duży kompleks przystosowany do formuły all inclusive. Dwa baseny zlokalizowano na dwóch przeciwległych krańcach parceli, tak żeby nikt nie miał za daleko. Restauracja z bufetem gwarantuje widok na ocean. Bungalowy rozmieszczono pomiędzy ogromnymi baobabami. Drzewa te są bardzo stare, a wiek naszych kilkusetletnich dębów nie robi na nich wrażenia. Niektóre okazy afrykańskich baobabów liczą sobie nawet po kilka tysięcy lat! W centralnej części kompleksu znajduje się oczywiście bar w którym króluje „dawa”. Receptura tego kenijskiego drinka jest bardzo prosta. Wystarczy rozgnieść ze sobą dwie ćwiartki cytryny, łyżkę cukru, dwa kieliszki wódki, dwie łyżki miodu i kostki lodu. „Dawa” w suahili oznacza lekarstwo, a sam drink z przymrużeniem oka traktowany jest jako lek na wszystko.

Wszelkie aktywności obracają się wokół plaży. Bardzo drobny, miękki, biały piasek toczy codzienną walkę z Oceanem Indyjskim. Przypływ potrafi skrócić plażę do 20 metrów szerokości, odpływ natomiast odsłania odległą rafę koralową. To świetne miejsce dla miłośników snorkelingu. Woda jest ciepła a rafa koralowa znajduje się zaledwie kilka metrów pod lustrem wody. Jest siedliskiem tropikalnych ciepłolubnych ryb, ośmiornic i rozgwiazd. Jeśli dopisze nam szczęście zobaczymy także delfiny. Codzienne wiatry sprzyjają fanom windsurfingu. Pamiętać jednak należy że upadek na rafę jest niebezpieczny. Tak samo spacer po płyciznach bez ochronnych butów może okazać się bolesną przygodą. Dla „szczurów lądowych” dobrym pomysłem będzie przejażdżka dostojną wielbłądzią karawaną.

Dużą cześć hotelowych gości stanowią Kenijczycy. Spotkamy też bardzo wielu zamożnych Hindusów. Wbrew pozorom nie są to goście zza oceanu, lecz obywatele Kenii będący potomkami budowniczych kolei. Brytyjczycy połączyli swoje afrykańskie kolonie szlakiem kolejowym biegnącym z północy na południe Afryki –  z Kairu do Kapsztadu. Ponieważ do budowy kolei najlepiej nadawali się pracowici Hindusi, Brytyjczycy masowo przywieźli ich statkami na Czarny Ląd. A że ich powrót był nieopłacalny, tak już zostali. Dziś Hindusi stanowią jedną z ważniejszych afrykańskich mniejszości, a ich kuchnia i zwyczaj smażenia wszystkiego w głębokim oleju dominuje w Afryce Wschodniej. Aż dziw bierze, że pomimo tak niezdrowej diety można spotkać dużą liczbę zgrabnych Hindusek przechadzających się po plaży w bikini. Hindusi uwielbiają też kokosy a każdy znaleziony przez nich pod palmą dojrzały okaz traktowany jest jak dar z niebios. Z pietyzmem wydobywają kokosowy miąższ, szczególnie delektując się mleczkiem.

Hakuna matata

Turyści odwiedzający Kenię po raz pierwszy mogą w wielu sytuacjach obracać się na granicy zdziwienia. Ktoś kto zwiedził RPA czy Namibię ma zakodowany w głowie trochę odmienny obraz Afryki. Kenia jest inna, głownie za sprawą ludzi. Pierwszą i najważniejszą różnicą jest niezwykła serdeczność Kenijczyków. Choć dzielą się na 43 plemiona mówią po angielsku i nie odmówią pomocy podróżnikowi w potrzebie. Masajowie mają nawet w swojej chacie osobne lóżko dla gości. Uśmiechnięte, często wychudzone dzieci widząc przybyszy z innych krajów biegną obok samochodu machając i krzycząc: „jumbo!” (w suahili – cześć!). Ludzie są na ogół mili i bardzo otwarci. Jednak odwiedzając Kenię warto nałożyć na oczy filtr „hakuna matata”. Powiedzenie to rozsławione za sprawą kreskówki „Król Lew” (1994 r.) znaczy – nie martw się! Kenijczycy są swoim usposobieniem trochę podobni do Latynosów, którzy kultywują „manianę”. Wszystko można zrobić później a jeśli wydarzy się coś nieoczekiwanego, przecież nic takiego się nie stało.

Z „hakuna matatą” spotkamy się choćby wybierając się na zorganizowaną wyprawę na snorkling. Sama droga do portu jest już wyzwaniem. Dziury na drogach zapowiadają prawdziwie morską przygodę. Brak komfortu wynagradza za to piękna przyroda. Wybrzeże Kenii to istna burza zieleni. Palmy kokosowe, plantacje trzciny cukrowej, mango, papaje, bananowce i eukaliptusy, do tego proste domki z patyków i czerwonej gliny, kryte liśćmi palmowymi. Tuk-tuki i gwarne uliczki, gdzie handluje się czym popadnie. Muzułmańskie kobiety w soczyście kolorowych chustach, niosące na głowie zakupy na obiad, tak właśnie wyglądają okolice południowej Mombasy.

Po dotarciu do portu, wiekowa drewniana łódź zabiera niczego nie spodziewających się turystów w rejs do odległej wysepki – Kisite Island. Ponieważ na wybrzeżu z wyjątkiem poranków stale wieje, w połowie drogi okazuje się, że fale dochodzą do 1,5 metra wysokości. Część pasażerów na wstępie cierpi więc na chorobę morską. Po dotarciu na miejsce okazuje się że warunki do snorklowania także są bojowe, a sympatyczny członek załogi wyciągając worek wysypuje na pokład maski i rurki z którymi dość dobrze zaprzyjaźniła się już nadmorska flora. Hakuna matata! Żeby było zabawniej po całej wyprawie turyści zabierani są na smaczny lunch złożony ze świeżych gotowanych krabów. Cały szkopuł tkwi jednak w tym, że nie wszyscy po tak intensywnej przygodzie są w stanie przełknąć cokolwiek. W takich sytuacjach pomaga znakomite kenijskie piwo Tusker!

Filtr „hakuna matata” jest zatem niezbędny i pozwala nam cieszyć się nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach. Jako potwierdzenie tej tezy przytoczę przygodę, która spotkała mnie w roku ubiegłym, kiedy to po raz pierwszy odwiedziłem Kenię. Przez zamach stanu w Stambule mój bagaż nie dotarł do Mombasy. Na miejscu usłyszałem oczywiście – Hakuna matata, na pewno się znajdzie! Udałem się zatem w podróż w głąb kraju do odległego kurortu. Ponieważ miałem na sobie jedynie nadające się do buszu trapery na miejscu zapragnąłem lżejszego obuwia. Poprosiłem więc w recepcji o japonki. Hakuna matata, zaraz to załatwimy! – dostałem odpowiedź. Po jakimś czasie do mojego pokoju/namiotu zapukał członek obsługi. Uśmiechając się wytłumaczył, że  przyniósł mi klapki. Ucieszyłem się, jednak widząc jego puste ręce uniosłem nieco brwi. Wtem kenijski dżentelmen zdjął swoje mocno już wysłużone japonki i wręczył mi je ze słowami – możesz używać ich tak długo jak będziesz chciał – po czym odwrócił się na bosej już pięcie i odszedł w busz. Hakuna matata!

Bezpieczeństwo

W Kenii lepiej wystrzegać się samotnych spacerów w nieznanym terenie. Nie chodzi tu tylko o dzikie zwierzęta. Na większości obszarów będziemy jedynymi europejczykami wiec wszyscy zwrócą na nas uwagę. Ostrożnym należny być na terenach zamieszkiwanych przez muzułmanów. Tyczy się to głownie wybrzeża. Tam za sprawą kolonizacji arabskiej muzułmanie stanowią około 50 procent ludności. Musimy pamiętać ze są oni wrogo usposobieni do operatorów kamer i fotografów, twierdząc ze zdjęcia kradną duszę. Także zwiedzanie somalijskiego pogranicza nie jest najlepszym pomysłem. Chociaż od kilku lat nie było w Kenii ataku terrorystycznego, a uzbrojone wojsko i policja czuwają nad bezpieczeństwem turystów, radykalne somalijskie ugrupowania islamskie wciąż przekradają się przez granicę.

 

Turystyka stanowi dla Kenii poważne źródło dochodu, a wiele społeczności funkcjonuje dzięki odwiedzającym ich turystom. Zatem o środki bezpieczeństwa się dba co przemawia za odwiedzeniem tego pięknego afrykańskiego kraju. Na drogach spotkamy punkty kontrolne z wojskiem. A wszelkie miejsca zgromadzeń publicznych, takie jak centra handlowe czy kluby nocne są pilnie strzeżone przez uzbrojoną ochronę. Zachowując niezbędne środki ostrożności, możemy więc spokojnie wybrać się na dancing np. do zlokalizowanego obok Diani Beach klubu Shakatak. Gorące afrykańskie rytmy i przemili ludzie sprawią, że zostaniemy tam do rana!

Dyskusja

Co myślisz o artykule?

Business Traveller

Dołącz do dyskusji