Safari w Kenii. Wyprawa do Rezerwatu Narodowego Samburu

Autor tekstu: , Data publikacji:

Cessna 208 Caravan łagodnie wznosi się ponad chmury, osiągając wysokość przelotową 10 tysięcy stóp. Oświetlone słońcem śnieżnobiałe obłoki kontrastują z intensywnym błękitem nieba. Przebijają się przez nie jedynie wierzchołki co wyższych gór oraz monumentalna Mount Kenya. Specjalnie dla czytelników Business Travellera, Piotr Grzybowski odkrywa Czarny Ląd na nowo!

Z Warszawy do Kenii w sposób bardzo komfortowy polecimy przez Istambuł. Nasz LOT-owski Embrayer 195 dotrze tam po dwóch i pół godzinie. Na międzynarodowym lotnisku im. Ataturka, dwugodzinna przesiadka pozwoli w spokoju wypić kawę po turecku, a obsługa naziemna zdąży z przeładunkiem bagażu. Dalej Airbus A330-200 zabierze nas w siedmiogodzinny rejs do stolicy Kenii – Nairobi.

Warto zatrzymać się w urządzonym w stylu kolonialnym Sarova Stanley Hotel. Klasyczne wnętrze sprzyja amatorom whisky i cygar. Nairobi rożni się nieco od zatłoczonych kenijskich miast. W nowoczesnej dzielnicy panuje większy porządek a na ulicach nie ma tłumów, co może być zaskoczeniem dla kogoś, kto widział choćby Mombasę. Czas jednak na safari, czyli – w języku suahili – podroż. Aby dotrzeć do któregoś z rezerwatów najlepiej skorzystać z lokalnych linii lotniczych.

Safarilink ma do swojej dyspozycji dwunastoosobowe Cessny. Odprawa przebiega bardzo sprawnie. Po zważeniu bagażu pasażerowie spacerem udają się na pokład samolotu. Zarówno start, jak i półtoragodzinny lot są bardzo przyjemne. Niewielkich rozmiarów samolot musi przebić się co prawda przez chmury, których o tej porze roku jest nad Nairobi sporo, jednak przez większą część lotu łagodnie „płynie” się w dal.


Na pierwszą przygodę z kenijską dziką przyrodą warto udać się do położonego na równiku Rezerwatu Narodowego Samburu. Cessna leci zatem na północ. Chmur jest coraz mniej, a z każdą kolejną milą zielone wzgórza Afryki zamieniają się w suchą sawannę. W oddali, pośród akacjowego gąszczu, widać pas startowy. Piloci szybko rozpoczynają procedurę lądowania. I choć moment dotknięcia kół samolotu o szutrowy pass startowy i związane z nim wstrząsy mogą być mocnym przeżyciem, to widok galopujących obok zebr pozwala zapomnieć o emocjach.

Lotnisko zlokalizowane jest w zupełnej dziczy i charakteryzuje je brak terminala. Obsługa przenosi walizki do terenowych Land Cruiserów. Dalsza podroż odbywa się już tymi znakomitymi na afrykańskie bezdroża samochodami 4×4. Pasażerowie od razu przenoszą się do świata dzikich zwierząt. Dach zostaje podniesiony, co ułatwia robienie zdjęć. W Rezerwanie Narodowym Samburu najczęściej spotkamy antylopy impala i waterbuck, zebry, guźce, oryksy, ale także słonie i żyrafy. Spokój zakłócają wszędobylskie pawiany. Zebry są tutaj zupełnie inne niż gdzie indziej w Afryce. Duże, rozmiarów konia, za to ich paski są bardzo wąskie i gęsto rozmieszczone.

Rzadziej zobaczymy bawoły, dick-dicki i gerenuki długoszyje. Główna różnica pomiędzy parkiem narodowym a rezerwatem narodowym polega na tym, ze w przypadku parku, wszelkie korzyści majątkowe wędrują do skarbu państwa. W rezerwatach natomiast przychody z turystyki rozdziela się pomiędzy członków lokalnych społeczności. Przez Samburu przepływa rzeka Mara. Jej liczne źródła biją wprost z ziemi, stwarzając zwierzynie okazję do zaspokojenia pragnienia. Przy jednym ze źródeł znajduje się Sarova Shaba. Ten położony wzdłuż rzeki kurort zachwyca zielenią, tworząc oazę pośród suchej sawanny.

Od dzikich zwierząt gości oddziela płot pod napięciem. Kamienne bungalowy usytuowane są wysoko nad ziemią, dzięki czemu z okna sypialni możemy oglądać krokodyle. Klasycznie urządzony pokój jest kombinacją drewna i kamienia. W centralnej części znajduje się łóżko, wyposażone w zrobiony z moskitiery baldachim . Wieńczy je wiatrak, szczególnie przydatny w upalne dni.

Lekki szum wody i ptasie śpiewy zachęcają do drzemki. W skład kurortu wchodzi także wielki piętrowy lounge z restauracją i barem. Ze względu na sprzyjający klimat nie ma ścian. Żeby poradzić sobie z pawianami, stałe zatrudnienie znajduje to kilku dżentelmenów nieustannie wyznaczających granice małpiego terytorium przy użyciu procy. Basen z chłodną, czystą wodą regeneruje siły po safari.

Rytm dnia obraca się wokół porannego i wieczornego wyjazdu na oglądanie dzikiej zwierzyny oraz spożywania znakomitych posiłków. Przez resztę czasu wskazany jest wypoczynek i zimne kenijskie piwo „Tusker”. Wieczorami natomiast celebruje się zachody słońca, szczególnie piękne w towarzystwie wina i grillowanej wołowiny. Szybko znikające w klimacie równikowym słońce zastępuje ciepłe ognisko. Można przy nim podziwiać gwiazdy i krzyż południa. Wszystko to przy odgłosach dzikiej przyrody. Uzbrojona obsługa zadba, byśmy czuli się w pełni bezpiecznie.

W okolicy warto odwiedzić lokalne plemię Samburu. To tak naprawdę kuzyni Masajów. Ich zwyczaje są bardzo podobne, z tym że Samburu zamieszkują mniej żyzne tereny i wypasają głównie kozy. W związku z tym prowadzą koczowniczy tryb życia. Otoczona kolczastą barykadą wioska składa się z prostych szałasów. Pośród nich zaobserwujemy kobiety w różnokolorowych strojach i gromadki wesołych dzieci, które pomimo ubogiej diety mają piękne uśmiechy.

Dyskusja

Co myślisz o artykule?

Business Traveller

Dołącz do dyskusji