Zarządzanie wizerunkiem i świat krawiectwa oczami menadżera

Autor tekstu: , Data publikacji:

Najważniejsze, czego nauczyłem się przez lata spędzone w biznesie.

Lato. Klimatyzatory na dachach budynków przegrzewają swoje turbiny w równej mierze z powodu piekącego słonecznego żaru, jak od wytężonej pracy. Na szczęście tutaj panuje przyjemny chłód przypominający mi o lekko oszronionym kieliszku, który za kilkanaście godzin i kilka tysięcy kilometrów stąd, będę trzymał w dłoni.

Lato, druga połowa sierpnia. Wstaję zza nienaturalnie wręcz uporządkowanego biurka. Czuję, jak do łydek zaczyna docierać krążenie. Nieprzyjemne, znajome mrowienie powoli zanika. Przesiedziałem w końcu w pozycji siedzącej cały, nienormowany czas pracy. Rzucam tylko krótkie spojrzenie przez ramię, żeby zobaczyć, że popołudnie ma już coraz więcej cech wieczoru. Za moimi plecami za oknem roztacza się widok na zachodnią część miasta. Tuzin biurowców połyskujących perłowo, podobnych do tego, w którym teraz jestem, kilka kominów fabrycznych w oddali i tysiące bliżej nieokreślonych geometrycznych brył, które zlewają się w pastelową masę, jak zawartość pudełka lodów, które ktoś nieopatrznie zostawił na noc w bagażniku samochodu. Podchodzę do szafy, służącej jednocześnie jako mała garderoba z zapasowymi koszulami, krawatami i prochowcem – zastępstwo dla parasola, którego nie znoszę i nie noszę, niezbyt obszerny, ale za to przemyślanie zaopatrzony barek oraz jako miejsce składowania dawno nieaktualnej prasy i mniej lub bardziej zbędnych papierów. Inaczej niż zwykle, nie wyjmuję niczego z wnętrza, lecz zdjętą przed chwilą marynarkę wieszam na jednym z wolnych wieszaków. Z natury, a może bardziej z przyzwyczajenia, nie skupiam się na swoim wyglądzie bardziej niż to konieczne. Konieczność w moim przypadku to wywieranie na spotykanych osobach czegoś w rodzaju zasłużonego respektu, cichego podziwu lub lekkiego onieśmielenia, zależnie od okoliczności. Paleta emocji, która bardzo pomaga, a czasami jest wręcz niezbędna w zawieraniu odpowiednich znajomości, budowaniu pozycji w zespole lub zamykaniu strategicznych negocjacji. Koniecznością jest także zaspokojenie mojego perfekcjonizmu. Lubię myśleć, że mam w sobie coś z mojego ulubionego architekta, Ludwiga Miesa van der Rohe i tak, jak on uważam, że Bóg tkwi w detalach. Przez lata kariery nie doszedłem jeszcze do ostatecznego wniosku, czy to wada, czy zaleta. Niezależnie od tej oceny, z moim bezkompromisowym podejściem do osiąganych efektów muszą radzić sobie wszyscy, z którymi współpracuję. Wielokrotnie miałem okazję odpierać stawiane pół żartem, pół serio zarzuty, że to nie snobizm, a właśnie przywiązanie do jakości i dbałość o szczegóły sprawia, że większość ubrań, jakie teraz noszę jest szyta na miarę we włoskiej pracowni Domu Krawiectwa Tizio.

Gdzieś głęboko, w ukrywanych przed dostępem złośliwców zakątkach świadomości, pielęgnuję nawet przekonanie, że z czasem udało mi się wypracować indywidualny styl, mój osobisty znak rozpoznawczy, a nawet ich mały arsenał.

Właśnie w tej chwili, stojąc przed otwartą szafą i trzymając w dłoni rękaw zdjętej przed kilkoma minutami marynarki, złapałem się na tym, że z satysfakcją dotykam miękko układającej się pod palcami tkaniny. Z przyjemnością przedłużając tę chwilę, wpatruję się w rząd czterech niewielkich guzików. Każdy z nich mieni się delikatnie, zmieniając kolory w zależności od kąta padania światła. Lubię ten efekt, jaki daje tylko guzik wycięty bezpośrednio z muszli poławianej z głębi oceanu gdzieś u wybrzeży Australii.

Dokładniej przyglądam się guzikom, jakby ich perłowa poświata miała hipnotyzujące właściwości. Jeden z nich jest odpięty i widać, jak lekko nierówne są obszycia krawędzi dziurki. Pamiętam, że, gdy po raz pierwszy miałem przed sobą ręcznie wykonane dziurki w mankietach marynarki, nie potrafiłem zaakceptować tej pozornej niedoskonałości. Maszynowe obszycia, do których byłem przyzwyczajony wydawały mi się bardziej solidne, świadczące o jakości. Chwila rozmowy z człowiekiem, którego poznałem wtedy, podczas pierwszej wizyty w Tizio, była jednak w stanie zachwiać moją opinią na tyle, żebym do swojego garnituru wybrał również ręczne wykończenia dziurek. Teraz, po kilkunastu miesiącach, doceniam już te detale. Kilka razy zdarzyło się nawet, że podczas spotkań zwrócono uwagę na to, że mam ręcznie wykończoną marynarkę. Byłem tym bardziej miło zaskoczony, że komentarze pochodziły od naprawę wpływowych osób, od których uznania zależało powodzenie niejednego projektu, które prowadzę. Dawniej, gdy nosiłem te niemiłosiernie drogie garnitury kupowane w modnych butikach, takie komentarze do mnie nie trafiały. Raz natomiast zdarzyło mi się po wejściu do gabinetu kolegi zauważyć na nim dokładnie taki sam garnitur, jak ten, który właśnie nosiłem. Oczywiście obaj szybko obróciliśmy to w żart w stylu tych, kiedy dwie dziewczyny spotykają się na przyjęciu w identycznych sukienkach, ale już nigdy nie założyłem tego garnituru. Teraz świadomie mogę korzystać z „handicapu”, jakim jest noszenie garnituru uszytego tylko dla mnie i ręcznie wykonanego przez włoskich mistrzów krawiectwa. To jak posiadanie niewidzialnej karty elitarnego klubu, którego członkowie rozpoznają się nawzajem i są rozpoznawani przez inne osoby w każdym miejscu i sytuacji. Nie trzeba pytań, ani wyjaśnień, wystarczy spojrzenie, żeby łatwiej przełamać lody w ważnych dyskusjach, poznać interesujących ludzi czy zostać zaproszonym do najlepszego stolika w nowo odwiedzanej restauracji.

Gdy się nad tym zastanawiam, trudno mi uwierzyć, że ja pragmatyk, stroniący od wszelkich przejawów ekstrawagancji, z taką naturalnością myślę teraz o tym, co noszę i jak wyglądam. Taką świadomość musiałem w sobie wypracować, a był to proces trudniejszy niż się spodziewałem. Dzięki wiedzy i doświadczeniu założyciela Domu Krawiectwa Tizio, z którym miałem przyjemność współpracować, wprowadziłem liczne zmiany w moim życiu. Najważniejszą z nich jest bez wątpienia to, że strój i wygląd zacząłem traktować jak kolejne narzędzie do realizowania moich zawodowych i osobistych planów. Nazywają to doradztwem wizerunkowym i zarządzaniem garderobą. Początkowo te pojęcia kojarzyły mi się z niczym więcej, niż porządkami w szafie i wskazówkami co nosić, a czego nie. Teraz, z własnego doświadczenia wiem, że nie należy rozumieć ich w ten sposób, ponieważ kryje się pod nimi wiedza o sile oddziaływania swoją osobowością na całe otoczenie za pomocą ubioru i wyglądu. Zarządzanie moim własnym wizerunkiem to jedna z najważniejszych umiejętności, jakie opanowałem, jeśli chodzi o lata spędzone w świecie biznesu.

Tuż obok wisi biały pokrowiec, a w nim mój nowy letni garnitur i koszule, które jeszcze dziś rano odebrałem z warszawskiej siedziby Tizio przy Filtrowej 67, wraz z życzeniami wspaniale spędzonych wakacji. Dokładnie miesiąc temu, mniej więcej o tej porze dnia, wybrałem tkaninę z mieszanki lnu, jedwabiu i kaszmiru w delikatną szarobłękitną kratę. Klasyczny jednorzędowy krój marynarki z nakładanymi kieszeniami dla podkreślenia sportowego stylu i oczywiście perłowe guziki. Spodnie, w ramach eksperymentu i dla dodania szczypty ekstrawagancji, z podwójnymi zakładkami z przodu. Tak, jak teraz noszą je Włosi. Teraz w końcu mogę nałożyć moją nową zdobycz i oficjalnie rozpocząć urlop. Nie muszę nawet zastanawiać się, czy z krojem i wymiarami wszystko jest w porządku. Przyznaję, że tego właśnie obawiałem się najbardziej przed pierwszym zamówieniem „na miarę”, czyli braku możliwości przymierzenia i samodzielnej oceny tego, za co płacę. Jednak ten ogromny kredyt zaufania, jaki udzieliłem Tizio, został z łatwością spłacony. Profesjonalnie zdjęta miara i niesamowita precyzja szycia sprawiły, że już pierwszy z zamówionych przeze mnie garniturów był idealnie dopasowany. Od tego czasu minął ponad rok i nie żałuję ani jednej decyzji, jaką podjąłem, współpracując z Tizio nad zawartością mojej garderoby.

Kilka tygodni temu dzięki terminarzowi, dostępnemu na stronie tizio.pl, zarezerwowałem już spotkanie jesienią, żeby porozmawiać o zamówieniach kilku garniturów na nowy sezon i zimowego płaszcza. Jednak teraz nie czas na rozmyślanie o zimie. Myślami jestem już daleko stąd, gdzieś na słonecznej plaży, z białym piaskiem pod stopami i wśród radosnych rytmów muzyki.

Doskonale, taksówka już czeka. W samą porę, żeby zdążyć na lotnisko.

Dyskusja

Co myślisz o artykule?

Business Traveller

Dołącz do dyskusji